sobota, 15 grudnia 2007

Kwestia języka

Kwestia języka
Pewna zacna i skądinąd miła mi niewiasta, po lekturze jednego z felietonów była uprzejma zwrócić uwagę, że upodobanie starego toko do stylizacji, ze szczególnym uwględnieniem archaizacji języka utrudnia rozumienie tekstu przez młodych czytelników. A to w przypadku publikacji w Internecie ma przecież swoją wagę. Inaczej mówiąc, wapniak pieprzy uczenie i kwieciście a przecież dziś małolaty operują skrótem. W porzo. Zaraz spróbuje sobie z tym poradzić.
Przyjmuję tezę, że zawiłości językowe są swoistym utrudnieniem, ale przecież właśnie o to chodzi! Nie czyniono badań, nie mam więc pojęcia kto czyta TOKOWISKO (z upodobaniem lub ze wstrętem - wszystko jedno), ale autor szanuje czytelnika, jakim by on nie był, i zakłada z właściwym sobie optymizmem, że jest to człowiek czuły na smaki i smaczki, a jeśli nawet trafi w tekście na słowo sobie zgoła nieznane lub konstrukcję nie przypominającą urzędowego pisma, pomyśli chwilę i w ostaeczności sięgnie do słownika. W ten sposób nawet tak ulotny tekścik jak felieton czegoś nauczy, odkryje nowe poletko do uprawy w przyszłości. Zresztą, jak to już dawno powiedziano, styl to człowiek. Co sądzić o facecie piszącym: " w miesiącu listopadzie w naszym mieście Sosnowcu..." albo " w tym okresie czasu w temacie inwestycje..." ? Sami sobie odpowiedzcie. Albo, czemu użycie rusycyzmu w nazwie niegdyś istniejącego potężnego państwa na wschód od Polski jest świadectwem poprawnego stosunku do najnowszej historii a mówienie czy pisanie po polsku już nie? Spytam o to kogoś z naszego miejskiego sowietu. Albo, dlaczego faceta o aparycji sybaryty, manierach dzika w kartoflisku i magnackiej fortunie nazywa się komuchem? Pijany łobuz z pałą to w mediach pseudokibic, hochsztapler to bisnesmen i tak dalej. Prawie każdy artykulik w naszej prasie - co swym młodszym koleżankom i kolegom kładę na sercu - operuje konstrukcją: "(...) mówi prezydent", "(...) jak powiedział rzecznik". We wszystkich redakcjach ubolewa się nad spadkiem sprzedaży.
Niektórzy wydawcy wynajmują ekspertów z drogich firm badających rynek, co z reguły jest wstępem do ostatecznego upadku. Pomyślcie, dlaczego?
Do niedawna artyści robili swoje, czyli malarz malował, reżyser reżyserował, scenarzysta pisał a kompozytor komponował. Dziś wszyscy po prostu realizują projekt. Przewiduję w niedługim czasie ustanowienie nagrody, nie za dzieło a za realizację projektu. Powodzenia.
Inna miła mi osoba, nie ta z początku felietonu - której wiek mnożony przez trzy ledwie nieco przekracza liczbę lat niżej podpisanego - zwierzała mi się niedawno (ot, co mi pozostało!) dlaczego zerwała z kandydatem na przyjaciela. Otóż miał on (ów kandydat) skłonność do mówienia w stylu prezentera z komercyjnej rozgłośni radiowej. Nie dziwię się. Też bym tak postąpił. Nic tak skutecznie nie gasi miłosnych zapałów jak drętwa mowa.
No to nara.
toko

Erotyk Listopadowy

Erotyk listopadowy
Moja miła młoda koleżanka skromnie spuściwszy oczęta stwierdziła, że komplementy są niezasłużone, a przecież znów zainspirowała starego. (Dla niewtajemniczonych - patrz www.e-sosnowiec.pl).
Między Świętem Niepodległości a rocznicą wybuchu powstania listopadowego temat jak najbardziej na czasie. Oczywiście patriotyzm.
Cóż, ma rację pani Natalia twierdząc, że nie ma obecnie pomysłu, jak zachęcić młodzież do patriotyzmu. Spytam przewrotnie, czy w ogóle potrzeba? W pojęciu patriotyzmu mieści się spory ładunek emocji, miłosnych emocji, a przecież serce nie sługa. Przemówi, gdy przyjdzie czas. Nie ma obawy. Nudne celebry "z okazji" niewiele pomogą, o ile nie zaszkodzą. Zaniechać ich całkiem też nie wypada więc tkwimy w impasie.
Pamiętam nie tak znów odległe czasy, kiedy to w imię partiotyzmu rodacy skakali sobie do gardeł wymyślając przy okazji od najgorszych. Jedni drugich poniewierali słownie ( i nie tylko) a wszystko w imię miłości OJCZYZNY. Jak to w rodzinie. Czy Ojczyźnie wyszło to na dobre? Albo - skoro rocznica przed nami tuż, tuż - czy UMIŁOWANEJ cokolwiek polepszyło się po patriotycznym - jak najbardziej - zrywie listopadowym? Kto miał rację? Kto okazał się kochać bardziej? Zostawmy jednak erotykę i jej język, bo - jak uczy historia - skutek miłosnych uniesień w stosunku do polityki najczęściej przynosi potworki. Tu trzeba raczej myśleć i kalkulować. Kalkuluję zatem i wychodzi mi niezbicie, że wbrew krewkim krzykaczom wielce korzystne dla Najjaśniejszej okazało się referendum sprzed trzech lat. Większość opowiedziała się "za" i w bardzo krótkim czasie przybyło zadowolonych. Czas na krok następny. Im bardziej zintegrujemy się z Unią tym lepiej dla nas, naszych dzieci i wnuków, więc dla Rzczypospolitej.
Od kilku lat jest w modzie załamywanie rąk nad wyjeżdżającymi z kraju. Trwa słowny wyścig, że trzeba przeciwdziałać, że trzeba stworzyć warunki, że trzeba namawiać do powrotów. Im więcej gadania tym mniej sensu. Toż przecież spełniło się marzenie kilku pokoleń: mam ochotę i odwagę, pakuję tobołek, wsiadam w autobus, samochód, samolot i fru... tam, gdzie więcej zarobię, gdzie zamieszkam wygodniej, gdzie klimat przyjaźniejszy i ludzie mniej zawistni, gdzie mniej urazy, obrazy, kapelanów a więcej życzliwości, luzu i uśmiechu na codzień.
Większość, znakomita większość, wcześniej czy później wróci i to nie z pustymi rękoma, a ci co zostaną, ambasadorami naszymi przez pokolenia będą. Może ten i ów zapomni i zgermanieje, czy zeszkoci się ze szczętem, no cóż, krzyż na drogę, mała strata. W tym czasie w nasz karajobraz wrosną inni, dziś jeszcze nieufnie przyjmowani. Jakkolwiek wielu usilnie pracowało i pracuje nad tym - z głupoty lub ze złej woli - żeby obrzydzić kraj między Odrą a Bugiem, nasza kultura zawsze okazuje się być górą, co nie raz już wykazały dzieje.
Smutno tylko czasem, że kraj lat dziecinnych już nie taki: krajobraz spadkudzony, rzeki ścieki, lasy śmietniska, ale cóż, za telefon w kieszeni, za laptop, brykę pod domem zapłacić trzeba. Pociechą niemałą, że dziewczyny tu właśnie coraz piękniejsze wyrastają, zatem tak czy inaczej powód do kochania Ojczyzny jest.
To tyle w mroźny, listopadowy wieczór.
toko

sobota, 13 października 2007

Fabrykanci z Sosnowca

Mimo lata książka ta nie powinna ujść uwadze wszystkich zainteresowanych historią Zagłębia*. Rodzina Dietlów bowiem była dla Sosnowca, Kluczy i całego regionu tak ważna, jak - powiedzmy - Scheiblerów dla Łodzi, Wincklerów dla Katowic, czy Goduli dla Rudy Ślaskiej. Bardzo dobrze, że Agnieszka Mika zadała sobie niemały trud i opracowała szkic monograficzny rodu. Może "ród" w tytule to lekka przesada, z Zagłębiem związane były ledwie trzy pokolenia Dietlów, ale za to mocno i wyraziście. Książkę wydał "Progress", a wsparło finansowo miasto i parafia ewangelicka.
Autorka dotarła do unikalnych materiałów rodzinnego archiwum Dietlów, do wspomnień Henryka juniora, do relacji Borysa, do prawdziwie smacznego dokumentu, jakim jest podanie o przywrócenie obywatelstwa polskiego napisane po ostatniej wojnie przez Ludwika Dietla. Te i wiele innych dokumentów jest obszernie cytowanych. Może nawet w kilku przypadkach nazbyt obszernie, co lektury nie ułatwia. Zresztą, charakter publikacji zmusza do uwagi. To nie rodzinne plotki a solidnie udokumentowana historia jednego z ważniejszych zakładów przemysłowych miasta, działalności Henryka seniora, jego żony Klary i potomków. To także materiał do przemyśleń nad naszą trudną historią, nad wzajemnymi relacjami między przybyłymi z Saksonii fabrykantami, rosyjską władzą i polskim otoczeniem. Jeśli po lekturze odczuwam niedosyt to właśnie z powodu zbyt - w moim odczuciu - skromnej części temu poświęconej. I jeszcze jedno: streszczenie - jak przystało na dzieło naukowe - wydrukowano w trzech językach, po niemiecku, angielsku i po... chińsku (czyżby znak czasu) ale brakło na koniec indeksu i kalendarium.

* Agnieszka Mika, Dzieje rodu Dietlów z Sosnowca. Sosnowiec 2007.

Tajemniczy kuferek hrabiny T.

Kampania wyborcza nie przypomina tokowiska. A szkoda! O ileż przyjemniej byłoby obserwować, jak polityczne koguty prężą muskuły, stroszą piórka i zalecają się do kurek, czyli szarego elektoratu. Byłoby zabawnie i miło. A tu masz - zamiast zachwalać swoje ogonki, większość sili się by znaleźć coś paskudnego u rywala: a to upierzenie nazbyt jednostajne, albo przeciwnie - przesadnie papuzie, a to dziób krzywy i szpony ostre, a to z nieprawego jaja ten i ów wykluty albo - pisklęciem będąc - łapki w błotku unóżał. Na domiar złego koguciki raz po raz grzędy zmieniają. Całkiem pogubić się można, kto z którego stada, kto z lewej, kto z prawej. Obywatel wyborca nauczony doświadczeniem poważnie oskarżeń nie traktuje, solennych obietnic także do serca nie bieże, patrzy na te igrce z niesmakiem i smutkiem.
Niestety, kampania wyborcza tokowiska nie przypomina. Dlatego też, wbrew namowom, nie będę zajmować się bliskimi już wyborami. Gdy przyjdzie czas, pójdę do właściwej Komisji i dam swą kreskę tym, których - mimo wszystko - uznam za najwłaściwszych. Nazwisk nie zdradzę (choć mam swych faworytów) i tyle tylko podpowiem, że cenię wiedzę i doświadczenie znacznie bardziej niż jałowe przechwałki i buńczuczne pogróżki.
Za to słów kilka o wydarzeniu, które - jak rzadko - nadaje się do szerokiej promocji miasta i regionu. Otóż kilka dni temu dowiedziałem się, że nie gdzie indziej a w Sosnowcu znaleziono pudło pełne niespodzianek: archiwalia po Hance Ordonównej! Szczęśliwy znalazca z wypiekami na twarzy opowiadał na jakież cymelia tam trafił! Ho, ho! Gradka to niemała dla wielbicieli nie tylko pani Hanki. No i stało się! Już wiadomość rozeszła się promieniście, już telefony, wizyty, pytania. Jak z tym poradzi sobie wydział odpowiedzialny za promocję miasta? Zobaczymy. Byłoby wszak źle, gdyby skarb ów po dziesiątkach lat cichego leżakowania w naszym mieście miał je opuścić. Niechby tu przyjeżdżano z laptopami i aparatami fotograficznymi, niechby tu uczeni biografowie studiowali listy i zapiski. Rzecz tego warta. Historia drogi, jaką kuferek odbył z Wilna do Sosnowca też godna dobrego pióra i serii reportaży.
Na koniec - może złośliwie, ale przecież nie od rzeczy - zapytam: czy za osiemdziesiąt, sto lat znalezienie terminarza któregoś z naszych PT kandydatów do parlamentu wzbudzi powszechne zainteresowanie? Czy któryś z naszych wnuków zainteresuje się, jaki był rozkład spotkań przedwyborczych, o co oskarżano konkurentów, wreszcie kto wygrał i z jaką przewagą? Wątpię. Mam za to prawie pewność, że znajdzie się sporo chętnych poznania, w jakim to mieście żył i tworzył na przykład Stanisław Broszkiewicz, którego niedawno przypomniało Polskie Radio, gdzie zaczynał (zaczynała) karierę muzyczną, malarską, literacką...(sza, bez nazwisk, to ludzie młodzi, można zapeszyć) ten i owa, dziś z trudem walczący o prawo do publicznego istnienia.
Między innymi o takich sprawach dyskutować zamierzają pisarze wywodzący się z Zagłębia, którzy za kilka dni odwiedzą swą małą ojczyznę.

Zwiędły kwiatek w butonierce

Wracam do tematu z połowy września. Okazja niebywała, bo przygotowują się kolejne, szóste już Spotkania z Pisarzami Zagłębiowskimi a przecież, co pozwolę sobie przypomnieć, pani Danuta Gojna Ucińska w swym tekście będącym pretekstem do moich wynurzeń, głównie skupiła się na literaturze. Tu pytanie, któż to u diabła jest "pisarz zagłębiowski"? Czy to ktoś przypadkiem tu zrodzony , kto po iluś tam latach błysnął talentem a z różnych życiowych powodów opuścił nasz piękny region i nic, co wiązałoby się w jakikolwiek sposób z Zagłębiem w twórczości swej nie umieścił? Czy też może ktoś, kto tu właśnie znalazł natchnienie i temat? Niech się głowią organizatorzy Spotkań czyli wspaniała skądinąd Biblioteka Miejska w Sosnowcu.
Padło nazwisko Kazimierza Ratonia, jako ewentualnego patrona różnych poczynań. Mniemam, że o wiele bardziej znaczącym dla regionu byłby zapomniany - a przez panią Danutę nie wymieniony - Stanisław Wygodzki. Urodził się tu (w Będzinie), tu wyrastał, tu spędził kawał życia i tu znalazł temat do wielu utworów, które nawiasem mówiąc warte byłyby przypomnienia. Swoją drogą to doskonały przykład skuteczności niegdysiejszych moczarowsko-ubeckich działań. Czterdzieści lat temu skazany na niebyt nadal w nim pozostaje. Niechby wydawcy zainteresowali się wznowieniem któregoś z utworów nigdy w Polsce nie wydanych.
Ale rzecz ma dotyczyć promocji, bo wbrew niektórym komentarzom po poprzednim felietonie, wcale nie twierdzę, że z kulturą u nas jest źle. Zdecydowanie źle jest z promocją. Mamy tu przecież niemałe dokonania, choć o nich na zewnątrz (i na miejscu też) raczej głucho. Dlaczego? A dlatego, że wciąż wśród wpływowych osób dominuje pogląd, że kultura to coś na kształt kwiatka w butonierce. Jest - dobrze, nie ma - obejdzie się. Jest to pogląd błędny i szkodliwy, niestety zakorzeniony głęboko w mentalności chyba dominującej większości miejscowych notabli a także szarych obywateli. Na domiar złego wciąż myli im się kultura z "showbisnesem", stąd nieporozumienia wokół, na przykład, "Dni Sosnowca". Choć ma to ze sobą pewien związek, nie przeczę, toż to przecież nie to samo.
I druga strona medalu, gdzie już nijak winy na tak zwaną władzę zwalić się nie da. Przybywają do nas wcale często artyści z półki najwyższej, ba, z samego szczytu, i jakoś nie budziło to i nie budzi powszechnego zainteresowania. Mała skądinąd salka Klubu im. Kiepury (na przykład) wcale w szwach nie pękała podczas występów (tu pozwolę sobie przemilczeć nazwiska). Spotkać na takiej imprezie kogoś z Rady też trudno, a rzecz może trafia się raz w życiu. Miejscowa prasa solidarnie nieobecna, ani przedtem ani potem nawet malutkim anonsem faktu nie kwituje, o wywiad nie zabiega, podczas gdy trąbić się o tym powinno głośno i długo, że właśnie MY zostaliśmy zaszczyceni, że TU odbył się koncert, reczital, spotkanie...że Zagłębie może się równać ze światowymi metropoliami, bo właśnie... i tak dalej. Jakoś inni potrafią to robić, nawet w Pacanowie. (Przepraszam zacnych mieszkańców Pacanowa, ale jakoś tak mi się wyrwało). Mamy też na miejscu wspaniałych, zdolnych, utalentowanych, niestety, przy tym zagubionych i opuszczonych. Niechby ktoś ich przygarnął, pokierował, gdy trzeba dopieścił a potem "sprzedał" z niemałym zyskiem dla wszystkich. Maleńki Goraj na Lubelszczyźnie tylko dlatego znany jest w świecie, że późniejszy laureat Nobla zechciał umieścić go w tytule swego utworu.

Kiedy w brzuchu pusto...

W zeszłym tygodniu pani Danuta Gojna Ucińska, była radna miasta i (mam nadzieję) przyszła radna opublikowała była artykuł "Promocja i kultura" (www.sosnowiecfakty.pl). Zacna ta dama, pani wielkiego serca i dużej energii prowokuje tym samym publiczną dyskusję - oby się ziściło - na temat aktualnej kondycji Sosnowca w dziedzinie kultury, sztuki i tego wszystkiego, co składa się na ogólny wizerunek miasta, także regionu, w kraju i w świecie.
Nie dziwi treść wypowiedzi pani Danuty, programowo utrzymana w tonie minorowym, pełna narzekań i pretensji, bo też są powody do wybrzydzania. Dwustutysięczny Sosnowiec nie istnieje w świadomości przeciętnego Polaka właściwie wcale. Nawet jako dostawca węgla i stali, co przez poprzednie sto lat dominowało. Na ogólnopolskiej antenie tv, radia, na łamach pism pojawia się sporadycznie z okazji wypadku na drodze, spadającego w wysokiego piętra psa czy też innych kryminalnych i pijackich wyczynów. Pani Danuta zaś twierdzi, że powinien istnieć jako mała ojczyzna, miejsce urodzenia i działania ludzi kultury, twórców wiekopomnych dzieł i ogólnie promieniować na Europę, jako wylęgarnia talentów i raj artystów, szczególnie literatów - co starego toko szczególnie bawi - dyskontowaniem zaś tego faktu powinien zajmować się Urząd Miasta. Tu pada kilka nazwisk ludzi, którzy mieliby to zapewnić Sosnowcowi.
Otóż przyznając autorce "Promocji i kultury" rację w stwierdzeniu, że jest źle, pozwalam sobie mieć odmienne zdanie w określaniu przyczyn i propozycjach naprawy. Niestety, nie jest to recepta prosta i łatwa w realizacji, bo też diagnoza niepewna. Mniemam zatem, że urzędnicy, nawet pełni dobrej woli, że radni, także przepełnieni troską i kompetentni w tej delikatnej materii nie załatwią sprawy uchwałą ani stosownym zarządzeniem. Tego zrobić się nie da, zwłaszcza, że z dobrą wolą i kompetencjami najlepiej nie jest. Tu trzeba postawy troskliwego ogrodnika, który swym mimozowatym roślinkom, kapryśnym i wrażliwym, zapewni klimat, odżywianie, spokój i światło, także dobre słowo - co wcale nie jest bez znaczenia - a efekty przyjdą same po pewnym, właściwym czasie.
W tym miejscu wypadałoby dokończyć tytułowe zdanie zaczerpnięte z repertuaru nieocenionego pana Zagłoby: kiedy w brzuchu pusto... w głowie groch z kapustą. Uważam, że sporo zadrażnień między środowiskiem twórców kultury a władzą stąd właśnie się bierze, że dysproporcja między wielkością miseczki stawianej przed twórcą a michy ogrodnika stała się już groteskowo wielka. Dlatego też część potencjalnych twórców wielkości miasta ucieka, część zostając, obnosi się z niezadowoleniem i pomrukuje groźnie, co wcale nie jest śmieszne, zwłaszcza gdy się zważy, że dłużej klasztora niźli przeora.
Zupełnie zaś inną rzeczą jest wybór właściwej postaci do patronowania różnym poczynaniom. Kiepura jest poza wszelką konkurencją. Nieumiejętność wykorzystania danego przez niebiosa faktu, że gwiazdor tej miary urodził się właśnie w Sosnowcu, że przez całe życie fakt ten nagłaśniał i "chłopakiem z Sosnowca" się mienił jest rzeczywiście rzeczą zdumiewającą. Co do innych wymienionych w artykule pani Danuty postaci byłbym ostrożny. Z różnych względów. Pewnie wrócę do tematu następnym razem.

Kompleks zagłębiowski, czyli kalam własne gniazdo

Zajmę się dziś schorzeniem nękającym sporą część mieszkańców Zagłębia. Dokucza im otóż nieznośny kompleks z powodu mieszkania, urodzenia, pracy, działalności w tym zapomnianym przez rządzących kącie Najjaśniejszej. Kompleks objawia się pianą na ustach i wyraźnymi oznakami furii w jakże licznych przypadkach, kiedy to dziennikarze i politycy z Warszawy bez zająknienia umieszczają Czeladź, Będzin, Dąbrowę Górniczą z Sosnowcem czele na... Śląsku.
Czyż trzeba więcej? Chlapnie jeden z drugim takie wierutne głupstwo i nagrabi sobie wrogów, zawziętych i pamiętliwych. Dobrze, gdy z życiem ujdzie, jeśli na kibica trafi. Nic nie pomagają cierpliwe tłumaczenia ilustrowane obrazową anegdotą czy też zawiesistym dowcipem. Panowie (i Panie) ze stolicy, także z innych odległych stron, są wyjatkowo odporni na perswazję. Wysłuchają z pozorną uwagą naszych tłumaczeń po czym z miną najniewinniejszą w świecie skwitują rzecz całą "ciekawe, nie wiedziałem, że istnieją tam u was na Śląsku takie animozje". Ręce opadają.
No dobrze, ale dlaczego agresywna reakcja na niewiedzę (w gruncie rzeczy to śmieszny drobiazg) ma być oznaką kompleksu?
Otóż myślę sobie tak: po obu stronach Brynicy większość stanowią ludzie napływowi, w pierwszym, czasem w drugim pokoleniu. Część z nich czuje się obco, traktuje sprawę przejściowo, więc nas nie interesuje. A reszta? Reszta po tamtej stronie rzeki szybko i bez oporów dostosowuje się do dominującej mniejszości, nierzadko sprawnie "godo" i jakoś to leci, słowem integruje się prawie bez reszty. Tu natomiast, nie bardzo jest z czym się integrować. Jakoś ten lokalny patriotyzm słabo się manifestuje w dokonaniach wartościowych i trwałych, nie umiemy się porozumieć w rzeczach ważkich, stworzyć rzeczywistych, kulturalnych wartości. Ot, pierwsze z brzegu przykłady z ostanich lat: "Instytut Kultury Zagłębia", pismo łączace miejscowe środowiska twórcze, orkiestra... Można wyliczać. Zawsze znajdzie się sto powodów by czegoś nie zrobić, utrącić pomysł, zniechęcić, obrzydzić. W najlepszym razie odłożyć na tak zwane lepsze czasy. Z inicjatywami gospodarczymi rzecz pozornie ma się lepiej. Pozornie, bo jeśli powstało lotnisko - było nie było, na zagłębiowskiej ziemi - to w powiecie... tanogórskim. Jeśli powstaje centrum targowe, to nazywać ma się "Silesia". I tak dalej.
Lat temu wiele, gdy żakiem będąc nauki pobierałem, radzili mi koledzy bym tu nie wracał. Zlekceważyłem - jak widać - dobre rady. Mało tego, z czasem wybiłem się na "znawcę dziejów Zagłębia i piewcę jego kultury". Dlatego też pozwalam sobie, nie bez lęku oczywiście, skonstatować że Zagłębiacy - jak dalej tak będzie szło - walkę o tożsamość przerżną z kretesem. Nikt już, poza garstką zakompleksionych autochtonów, nie będzie w stanie pojąć o co nam właściwie chodzi. Jakie Zagłębie?
I coż pozostanie? Głupie napisy na murach zupełnie bez związku ze świadomością piszących. Ot, takie sobie peryferie porządnego, śląskiego regionu, które kiedyś, dawno, dawno temu...

Interesuje mnie przyszłość, w niej bowiem żyć mi przyjdzie i... umierać

Być może zdziwi niektórych ten tytuł zważywszy, że toko głównie zajmuje się historią. Ja nic w tym dziwnego nie widzę. Przeszłość, owszem, jest ciekawa i warta zachodu o ile staje się obiektem odkryć, wynajdywaniem smakowitych anegdotek, interpretacją z różnych punktów widzenia, słowem, przygodą intelektu. Przeszłość jest wszelako księgą zamkniętą i po ostatnią kartę zapisaną, tylko jej stronice niekiedy są mało czytelne albo zgoła zakryte. To co było to już było, nie wróci i nie zmieni się. Dociekajmy, jak było rzeczywiście ale nie próbujmy nic w historii zmieniać, ani nic dopisywać, ani wykreślać. Nie przystoi. To fałszerstwo, które wcześniej czy później wyjdzie na jaw i zostanie tylko wstyd.
Z niepokojem czekam, czym skończy się osławiona już „polityka historyczna”. Sama nazwa brzydko pachnie. Historia polityki – jak najbardziej, ale odwrotnie? Na pierwszy ogień mają pójść „niesłuszni” patroni ulic naszych miast i placów. Właściwie to nie mam nic przeciwko temu. Przyjemniej jest mieszkać przy ulicy Kubusia Puchatka, choć rozumku wielkiego nie miał, niż - na przykład - Lisa Witalisa, który jak wiadomo, oszukał biedne zwierzątka. Chociaż, z drugiej strony... był Witalis inteligentny, obyty i dowcipny a Kubuś fajtłapa, na domiar złego, obżartuch.
Takimi to sprawami zajmować się będą radni. Na pewno zaś znajdzie się ktoś, komu nie spodoba się to, co inni skłonni byliby akceptować (choćby dla świętego spokoju). Przedkładając zaś swoje racje nie obejdzie się bez nadepnięcia na odcisk innemu. Ten z kolei, urażony boleśnie odpłaci pięknym za nadobne i gotowa pyskówka, urazy będą narastać z posiedzenia na posiedzenie, podziały i tak już poważne, pogłębią się jeszcze bardziej a interesująca mnie przyszłość kształtować się będzie bezładnie, przy akompaniamencie absurdalnych sporów, kto był wrednym „komuchem”, kto mężem opatrznościowym, kto kim bardziej i tak dalej.
Złośliwie podpowiem i krótko uzasadnię, które ulice powinny mieć zmienione nazwy. Dla przykładu i do ewentualnego wykorzystania. Otóż nie godzi się, by ulicy patronował gej i rozpustnik (Władysław Warneńczyk). Pornograf niewątpliwy (patrz Listy do Marysieńki) Jan Sobieski też nie powinien być tolerowany. Propagator „wolnej miłości”, zwolennik aborcji, Boy powinien zniknąć z planu miasta. To samo dotyczy Zapolskiej, Zegadłowicza, Reya, Tuwima, Wyspiańskiego... W ogóle całe to towarzystwo literacko – artystyczne jest wysoce podejrzane, gorszyciele niewątpliwi. Nie budzi mej sympatii Pułaski, choć krewniak poniekąd, ale bitwy żadnej nie wygrał, nawet w Ameryce. Nieudacznik chyba.
Dość błazeństw! Chcę wierzyć, że nasi wybrani – jeśli już będą musieli – przeprowadzą sprawę gładko i bezboleśnie. Możliwie z najmniejszą urazą wobec siebie i zdrowego rozsądku. To daje się zrobić. Lat temu pięćdziesiąt cztery, gdy przyszła dyrektywa by głównym ulicom nadać imię Wielkiego Zmarłego łodzianie przemianowali Główną. Piotrkowska została. Fakt.

ROLA ROLI W DZIEJACH

Radny Sosnowca, pan Karol Winiarski jest postacią wyrazistą, mimo że – jak mawiał nieoceniony Zagłoba – nikczemnej postury. Dzięki niemu sesje plenarne nie stały się tylko nudną celebrą, co realnie groziło w trzech ostatnich kadencjach. Czasami bywało nawet śmiesznie. Śmiech przez łzy, ma się rozumieć.
Dzięki Karolowi Winiarskiemu grono moich młodych przyjaciół dowiedziało się, że istniał ktoś taki jak marszałek Żymierski, pseudonim Rola. Mało tego, dowiedzieli się również, że został honorowym obywatelem Sosnowca. Rola, nie Winiarski. Bardzo słusznie zauważył też pan Karol, że rada naszego sławetnego grodu, przez stulecie swej historii, zwykła była nadawać honorowe obywatelstwo koniunkturalnie, wyraźnie zerkając za każdym razem w stronę tych notabli, którzy mogli się na coś przydać. Mądra Rada. Po co się wysilać skoro nic z tego nie wyniknie? Oczywiście, nie zawsze tak było, czasem tytuł spadł na nieboszczyka, ale to tylko tak dla niepoznaki. Zasadniczo kierowano się kalkulacją, co dobrego miastu taki akt przyniesie. Czasem się udawało, częściej nie. Mniejsza z tym. Wracam do Roli.
O ile mi wiadomo przyznanie honorowego obywatelstwa komuś takiemu, jak Michał Rola Żymierski jakiś konkretnych, wymiernych korzyści Sosnowcowi nie przyniosło, ale – być może – dało coś nieuchwytnego, co jednak w owej powojennej mizerii mogło się przydać. Może ten i ów łaskawszym spojrzał okiem na palące potrzeby mieszkańców znad Czarnej Przemszy, może czegoś tam nie skreślił w planie, może coś dopisał. Rzecz warta zbadania. (Na marginesie: nie ma już Czarnej Przemszy, o czym ze zdumieniem dowiedziałem się niedawno)
Tymczasem pan Karol Winiarski koniecznie chce odebrać honorowe obywatelstwo miasta Sosnowca marszałkowi Roli. Po co? Że niby towarzystwo nieodpowiednie dla innych, godniejszych? Gdyby było więcej takich wrażliwców, już dawno Polska całkiem by się wyludniła. Nie z powodu emigracji, raczej skutkiem samobójstw. Mnie też niemiło, gdy pomnę ilu drani tę ziemię kala. Czy Rolę to zaboli? Akurat! Toż on od lat wielu smaży się w ogniu piekielnym za grzechy starczego wieku, bo przecież młodość miał całkiem, całkiem. Stąd owa „Rola” przed nazwiskiem.
Zresztą, kto to wie, jak jest z tym piekłem? Moi młodzi przyjaciele, którzy acz gromko okrzyknęli, że ich to ani grzeje, ani ziębi, to jednak poszperali w książkach. Jeden z nich, bystry chłopak, wystąpił z tezą, którą daję pod rozwagę: gdyby w latach czterdziestych nie znaleźli się tacy, jak Rola Żymierski i jemu podobni, Polska byłaby niechybnie kolejną radziecką republiką, słabo zaludnioną na dodatek, a tak zyskaliśmy opinię najweselszego baraku w obozie. Dobre i to. Szanujmy więc naszą przeszłość, choć podła była, inna nie będzie. Przyda nam się ten szacunek, bo jak słychać, znów się szykuje kolejne prostowanie dawno zarośniętych dróg.