Wracam do tematu z połowy września. Okazja niebywała, bo przygotowują się kolejne, szóste już Spotkania z Pisarzami Zagłębiowskimi a przecież, co pozwolę sobie przypomnieć, pani Danuta Gojna Ucińska w swym tekście będącym pretekstem do moich wynurzeń, głównie skupiła się na literaturze. Tu pytanie, któż to u diabła jest "pisarz zagłębiowski"? Czy to ktoś przypadkiem tu zrodzony , kto po iluś tam latach błysnął talentem a z różnych życiowych powodów opuścił nasz piękny region i nic, co wiązałoby się w jakikolwiek sposób z Zagłębiem w twórczości swej nie umieścił? Czy też może ktoś, kto tu właśnie znalazł natchnienie i temat? Niech się głowią organizatorzy Spotkań czyli wspaniała skądinąd Biblioteka Miejska w Sosnowcu.
Padło nazwisko Kazimierza Ratonia, jako ewentualnego patrona różnych poczynań. Mniemam, że o wiele bardziej znaczącym dla regionu byłby zapomniany - a przez panią Danutę nie wymieniony - Stanisław Wygodzki. Urodził się tu (w Będzinie), tu wyrastał, tu spędził kawał życia i tu znalazł temat do wielu utworów, które nawiasem mówiąc warte byłyby przypomnienia. Swoją drogą to doskonały przykład skuteczności niegdysiejszych moczarowsko-ubeckich działań. Czterdzieści lat temu skazany na niebyt nadal w nim pozostaje. Niechby wydawcy zainteresowali się wznowieniem któregoś z utworów nigdy w Polsce nie wydanych.
Ale rzecz ma dotyczyć promocji, bo wbrew niektórym komentarzom po poprzednim felietonie, wcale nie twierdzę, że z kulturą u nas jest źle. Zdecydowanie źle jest z promocją. Mamy tu przecież niemałe dokonania, choć o nich na zewnątrz (i na miejscu też) raczej głucho. Dlaczego? A dlatego, że wciąż wśród wpływowych osób dominuje pogląd, że kultura to coś na kształt kwiatka w butonierce. Jest - dobrze, nie ma - obejdzie się. Jest to pogląd błędny i szkodliwy, niestety zakorzeniony głęboko w mentalności chyba dominującej większości miejscowych notabli a także szarych obywateli. Na domiar złego wciąż myli im się kultura z "showbisnesem", stąd nieporozumienia wokół, na przykład, "Dni Sosnowca". Choć ma to ze sobą pewien związek, nie przeczę, toż to przecież nie to samo.
I druga strona medalu, gdzie już nijak winy na tak zwaną władzę zwalić się nie da. Przybywają do nas wcale często artyści z półki najwyższej, ba, z samego szczytu, i jakoś nie budziło to i nie budzi powszechnego zainteresowania. Mała skądinąd salka Klubu im. Kiepury (na przykład) wcale w szwach nie pękała podczas występów (tu pozwolę sobie przemilczeć nazwiska). Spotkać na takiej imprezie kogoś z Rady też trudno, a rzecz może trafia się raz w życiu. Miejscowa prasa solidarnie nieobecna, ani przedtem ani potem nawet malutkim anonsem faktu nie kwituje, o wywiad nie zabiega, podczas gdy trąbić się o tym powinno głośno i długo, że właśnie MY zostaliśmy zaszczyceni, że TU odbył się koncert, reczital, spotkanie...że Zagłębie może się równać ze światowymi metropoliami, bo właśnie... i tak dalej. Jakoś inni potrafią to robić, nawet w Pacanowie. (Przepraszam zacnych mieszkańców Pacanowa, ale jakoś tak mi się wyrwało). Mamy też na miejscu wspaniałych, zdolnych, utalentowanych, niestety, przy tym zagubionych i opuszczonych. Niechby ktoś ich przygarnął, pokierował, gdy trzeba dopieścił a potem "sprzedał" z niemałym zyskiem dla wszystkich. Maleńki Goraj na Lubelszczyźnie tylko dlatego znany jest w świecie, że późniejszy laureat Nobla zechciał umieścić go w tytule swego utworu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz