sobota, 15 grudnia 2007

Erotyk Listopadowy

Erotyk listopadowy
Moja miła młoda koleżanka skromnie spuściwszy oczęta stwierdziła, że komplementy są niezasłużone, a przecież znów zainspirowała starego. (Dla niewtajemniczonych - patrz www.e-sosnowiec.pl).
Między Świętem Niepodległości a rocznicą wybuchu powstania listopadowego temat jak najbardziej na czasie. Oczywiście patriotyzm.
Cóż, ma rację pani Natalia twierdząc, że nie ma obecnie pomysłu, jak zachęcić młodzież do patriotyzmu. Spytam przewrotnie, czy w ogóle potrzeba? W pojęciu patriotyzmu mieści się spory ładunek emocji, miłosnych emocji, a przecież serce nie sługa. Przemówi, gdy przyjdzie czas. Nie ma obawy. Nudne celebry "z okazji" niewiele pomogą, o ile nie zaszkodzą. Zaniechać ich całkiem też nie wypada więc tkwimy w impasie.
Pamiętam nie tak znów odległe czasy, kiedy to w imię partiotyzmu rodacy skakali sobie do gardeł wymyślając przy okazji od najgorszych. Jedni drugich poniewierali słownie ( i nie tylko) a wszystko w imię miłości OJCZYZNY. Jak to w rodzinie. Czy Ojczyźnie wyszło to na dobre? Albo - skoro rocznica przed nami tuż, tuż - czy UMIŁOWANEJ cokolwiek polepszyło się po patriotycznym - jak najbardziej - zrywie listopadowym? Kto miał rację? Kto okazał się kochać bardziej? Zostawmy jednak erotykę i jej język, bo - jak uczy historia - skutek miłosnych uniesień w stosunku do polityki najczęściej przynosi potworki. Tu trzeba raczej myśleć i kalkulować. Kalkuluję zatem i wychodzi mi niezbicie, że wbrew krewkim krzykaczom wielce korzystne dla Najjaśniejszej okazało się referendum sprzed trzech lat. Większość opowiedziała się "za" i w bardzo krótkim czasie przybyło zadowolonych. Czas na krok następny. Im bardziej zintegrujemy się z Unią tym lepiej dla nas, naszych dzieci i wnuków, więc dla Rzczypospolitej.
Od kilku lat jest w modzie załamywanie rąk nad wyjeżdżającymi z kraju. Trwa słowny wyścig, że trzeba przeciwdziałać, że trzeba stworzyć warunki, że trzeba namawiać do powrotów. Im więcej gadania tym mniej sensu. Toż przecież spełniło się marzenie kilku pokoleń: mam ochotę i odwagę, pakuję tobołek, wsiadam w autobus, samochód, samolot i fru... tam, gdzie więcej zarobię, gdzie zamieszkam wygodniej, gdzie klimat przyjaźniejszy i ludzie mniej zawistni, gdzie mniej urazy, obrazy, kapelanów a więcej życzliwości, luzu i uśmiechu na codzień.
Większość, znakomita większość, wcześniej czy później wróci i to nie z pustymi rękoma, a ci co zostaną, ambasadorami naszymi przez pokolenia będą. Może ten i ów zapomni i zgermanieje, czy zeszkoci się ze szczętem, no cóż, krzyż na drogę, mała strata. W tym czasie w nasz karajobraz wrosną inni, dziś jeszcze nieufnie przyjmowani. Jakkolwiek wielu usilnie pracowało i pracuje nad tym - z głupoty lub ze złej woli - żeby obrzydzić kraj między Odrą a Bugiem, nasza kultura zawsze okazuje się być górą, co nie raz już wykazały dzieje.
Smutno tylko czasem, że kraj lat dziecinnych już nie taki: krajobraz spadkudzony, rzeki ścieki, lasy śmietniska, ale cóż, za telefon w kieszeni, za laptop, brykę pod domem zapłacić trzeba. Pociechą niemałą, że dziewczyny tu właśnie coraz piękniejsze wyrastają, zatem tak czy inaczej powód do kochania Ojczyzny jest.
To tyle w mroźny, listopadowy wieczór.
toko

Brak komentarzy: