sobota, 15 grudnia 2007

Kwestia języka

Kwestia języka
Pewna zacna i skądinąd miła mi niewiasta, po lekturze jednego z felietonów była uprzejma zwrócić uwagę, że upodobanie starego toko do stylizacji, ze szczególnym uwględnieniem archaizacji języka utrudnia rozumienie tekstu przez młodych czytelników. A to w przypadku publikacji w Internecie ma przecież swoją wagę. Inaczej mówiąc, wapniak pieprzy uczenie i kwieciście a przecież dziś małolaty operują skrótem. W porzo. Zaraz spróbuje sobie z tym poradzić.
Przyjmuję tezę, że zawiłości językowe są swoistym utrudnieniem, ale przecież właśnie o to chodzi! Nie czyniono badań, nie mam więc pojęcia kto czyta TOKOWISKO (z upodobaniem lub ze wstrętem - wszystko jedno), ale autor szanuje czytelnika, jakim by on nie był, i zakłada z właściwym sobie optymizmem, że jest to człowiek czuły na smaki i smaczki, a jeśli nawet trafi w tekście na słowo sobie zgoła nieznane lub konstrukcję nie przypominającą urzędowego pisma, pomyśli chwilę i w ostaeczności sięgnie do słownika. W ten sposób nawet tak ulotny tekścik jak felieton czegoś nauczy, odkryje nowe poletko do uprawy w przyszłości. Zresztą, jak to już dawno powiedziano, styl to człowiek. Co sądzić o facecie piszącym: " w miesiącu listopadzie w naszym mieście Sosnowcu..." albo " w tym okresie czasu w temacie inwestycje..." ? Sami sobie odpowiedzcie. Albo, czemu użycie rusycyzmu w nazwie niegdyś istniejącego potężnego państwa na wschód od Polski jest świadectwem poprawnego stosunku do najnowszej historii a mówienie czy pisanie po polsku już nie? Spytam o to kogoś z naszego miejskiego sowietu. Albo, dlaczego faceta o aparycji sybaryty, manierach dzika w kartoflisku i magnackiej fortunie nazywa się komuchem? Pijany łobuz z pałą to w mediach pseudokibic, hochsztapler to bisnesmen i tak dalej. Prawie każdy artykulik w naszej prasie - co swym młodszym koleżankom i kolegom kładę na sercu - operuje konstrukcją: "(...) mówi prezydent", "(...) jak powiedział rzecznik". We wszystkich redakcjach ubolewa się nad spadkiem sprzedaży.
Niektórzy wydawcy wynajmują ekspertów z drogich firm badających rynek, co z reguły jest wstępem do ostatecznego upadku. Pomyślcie, dlaczego?
Do niedawna artyści robili swoje, czyli malarz malował, reżyser reżyserował, scenarzysta pisał a kompozytor komponował. Dziś wszyscy po prostu realizują projekt. Przewiduję w niedługim czasie ustanowienie nagrody, nie za dzieło a za realizację projektu. Powodzenia.
Inna miła mi osoba, nie ta z początku felietonu - której wiek mnożony przez trzy ledwie nieco przekracza liczbę lat niżej podpisanego - zwierzała mi się niedawno (ot, co mi pozostało!) dlaczego zerwała z kandydatem na przyjaciela. Otóż miał on (ów kandydat) skłonność do mówienia w stylu prezentera z komercyjnej rozgłośni radiowej. Nie dziwię się. Też bym tak postąpił. Nic tak skutecznie nie gasi miłosnych zapałów jak drętwa mowa.
No to nara.
toko

Brak komentarzy: