poniedziałek, 21 stycznia 2008

Władza wie lepiej

W poprzednim felietonie zdarzyło mi się zaczepić PT panów radnych w zdaniu,
że władza wie lepiej. Wypada się wytłumaczyć.
Jest otóż rzeczą oczywistą i psychologicznie wytłumaczalną, że większość ludzi, których koleje życia wyniosą do władzy - czy to drogą wyborów (na jedną przeważnie kadencję) czy też przez mianowanie - doznaje nagłego olśnienia i gwałtownego przypływu wiedzy tak zniewalającego, że natychmiast zaczynają pouczać tych wszystkich, których kompetencje dotąd zdawali się uznawać. Do historii atoli przechodzą ci jeno, co to potrafią zdusić w sobie ową nadmierną wszechwiedzę.
Nasz Kazimierz zwany Wielkim, który to zastał Polskę drewnianą, nie biegał przecież po kraju z kielnią w ręce, nie pouczał i nie wyręczał budowniczych ani dyktował im jak kamień na kamieniu układać i jaką zaprawę stosować. Dzięki temu, to co wówczas zbudowano, przeważnie stoi do dziś, a o katastrofach budowlanych jakoś się nie słyszało. Albo, spróbujmy sobie wyobrazić, jak wyglądałaby - na przykład - Kaplica Sykstyńska, gdyby ówczesny papież podpowiadał Michałowi Aniołowi, jak ma pędzlem machać. Za panowania takich monarchów powstawały wielkie dzieła, władcy z pochlebnymi przydomkami pozostawali we wdzięcznej pamięci potomnych, rzeczywistym wykonawcom wypłacano sute honoraria i do dziś stawiamy im pomniki.
Współcześnie za to, wraz z koniecznością przestrzegania biurokratycznych procedur, spotykamy na każdym kroku zjawisko, że cała inwencja fachowców, rzemieślników, artystów, budowniczych wyczerpuje się na etapie przygotowania oferty przetargowej
a potem, już spokojnie, odwala się tandetę, byle zgodnie z przepisami i bez drastycznego przekraczania kosztorysu (najczęściej mocno zaniżonego na potrzeby przetargu). Warunki przetargu zaś określają urzędnicy, mający przeważnie mgliste pojęcie o istocie rzeczy. W pomniejszych zaś sprawach aktualny władca próbuje wprost ręką wykonawcy pokierować. Zamawia sobie pomnik, poucza rzeźbiarza jakim dłutem i w jakim materiale ma jego wielkość wyrzezać po czym wściekły, że wyszedł potworek, postponuje artystę i świat cały, przegrywa kolejne wybory, a twórca jak był bez grosza tak nadal biedę klepie. Bo tak się - niestety - najczęściej zdarza, że wykonawca ulega niefortunnym podpowiedziom himerycznego i wiedzącego lepiej władcy. Mało kogo stać na stanowcze NIE wsparte stosownym gestem. Z czegoś trzeba żyć.
Gdyby wybrańcy ludu zechcieli czasem w swej dętej wielkości zniżyć się do przeczytania niektórych ważnych ustaw, dowiedzieliby się niechybnie, że zamawiając to i owo nie robią nikomu łaski, tylko wykonują swe podstawowe zadanie. Mają bowiem najwłaściwiej podzielić publiczny grosz. Tylko tyle i aż tyle. To trudniejsze niż podpowiadanie muzykowi, jak ma brać wysokie "ce", czy malarzowi, za który koniec lepiej trzymać pędzel.
W tym tygodniu taki oto krótki tekścik z troską o przyszłość dedukuję działaczom gminnym i innym.
toko

wtorek, 15 stycznia 2008

Horror pod nową wiatą

Jakoś tak się stało, że mimo iż od ostatnich wyborów samorządowych upłynął rok z dużym okładem, nikt nie zwrócił uwagi na bardzo znamienny fakt. Otóż w zacnej Miejskiej Radzie Sosnowca w obecnej kadencji nie zasiada kobieta. Ani jedna. Mimo dużej aktywności Kobiet Aktywnych żadna z pań nie znalazła uznania w oczach wyborców. Nie świadczy to najlepiej o wyborcach. Zresztą nie tylko to.
Brak mi kobiet w Radzie, bo zawsze miło posłuchać damy, nawet jeśli owa dama nie wykazuje się wiedzą i charakterem porównywalnym na przykład z "żelazną ledy". Tak czy inaczej obecność pań działa jak katalizator lub hamulec. Czy wynika z tego, że Rada wzmocniona obecnością pań jest mądrzejsza? Niekoniecznie, ale niemądre pomysły pań radnych mają chociaż wdzięk, co trudno powiedzieć o głupstwach wymyślanych przez mężczyzn.
Tymczasem... tymczasem w minionym tygodniu obiegła Zagłębie wiadomość, że w sosnowieckiej Radzie narodził się pomysł ustanowienia zakazu palenia na przystankach. Mniejsza o uzasadnienie i nazwisko autora projektu (aczkolwiek dobrze byłoby je zapamiętać, aby za trzy lata błędu nie powtórzyć). Zawsze znajdzie się dość argumentów tłumaczących nawet najbardziej absurdalną decyzję władzy. Władza wie lepiej, co ludowi najbardziej potrzebne i czym zechce lud uszczęśliwić. Teraz ma robić dobrze przy pomocy urzędników skrzętnie wymierzających odległości od tabliczki, od której przystanek się zaczyna i gdzie można będzie (przy pomocy zatrudnionych w tym celu strażników moralności publicznej i zdrowia społeczeństwa) karać mandatami nieposłusznych a wstrętnych z istoty rzeczy palaczy.
Oho! stary toko broni kopciuchów - gotów jest ucieszyć się autor projektu i grono jego entuzjastów.
Otóż nic z tych rzeczy. Palenie na przystankach, na ulicy, pod pomnikiem Wielkiego Człowieka jest zwyczajnie nieeleganckie i jako takie zasługuje na napiętnowanie, ale na litość, metodą właściwą. To sprawa smaku i tak zwanej kindersztuby, jeśli jeszcze żyją tacy, co wiedzą co to znaczy. A jeżeli autobus nie przyjeżdża? Jeżeli czekanie doprowadza nas do białej gorączki, na domiar złego leje i wieje? Czy sponiewierany nikotynista nie zasługuje na współczucie i wybaczenie? Niech tam, przecież to nikomu nie przeszkadza, o ile umieści peta tam gdzie należy, czyli w koszu. Tych ostanich wciąż brak w miejscach najbardziej pożądanych a uzupełnienie tego braku jest ponad możliwości władzy każdej proweniencji, co długie życie udowodniło mi dobitnie. Łatwiej uchwalić zakaz palenia, choć i tak z góry wiadomo, że niczego to nie zmieni. Kto nie wierzy niech się przejdzie po peronie kolejowym. Tam palic nie wolno już od lat.
Dlaczego nie zakazać, również na przystankach - co nieśmiało podpowiadam - także bekania i puszczania bąków? Mnie osobiście to o wiele bardziej przeszkadza i drażni, nie wspominając już o głośnym pleceniu głupstw.
Do zobaczenia przed Sądem Grodzkim - z powodu notorycznego łamania rzeczonego zakazu - który skazać mnie musi na areszt, bo na mandaty nie mam, jako że honorariów za tę pisaninę nie pobieram.
toko
Wpław przez Brynicę
Nagabuje mnie ten i ów bym zajął się tematem rzekomo gorącym, mianowicie zagłębiowską tożsamością. Broniłem się jak mogłem, ale widocznie czas uledz i... poledz. To, że odwlekałem zabranie głosu nie wynika z nieokreślonej niechęci, czy też (Boże uchowaj!) obawy o całość uzębienia. Przecież ledwie kilka miesięcy temu wypowiedziałem się na ten temat dość jasno. Kto ciekawy niech zajrzy do felietonu "Kompleks zagłębiowski, czyli kalam własne gniazdo". Cóż mógłbym dodać? Wyłożyć łopatologicznie kawę na ławę, czyli stwierdzić, że cały problem jest postawiony na głowie?
Zacni skądinąd autorzy różnych wypowiedzi na różnych forach (e-sosnowiec - świeża młodość, sosnowiecfakty - młodość lekko przywiędła) podniecają się sprawą cokolwiek - może całkiem - źle postawioną. Otóż sedno tkwi w tym, że - wedle mego skromnego zdania - nie istnieje realnie coś, co nazywa się zagłębiowską tożsamością. Zwyczajnie, ci spośród ziomali - wybaczcie termin ze słownika wszetecznej młodzi - którzy poczuwają się do przynależności do zgłębiowskiego regionu są w zdecydowanej mniejszości. Zagłębie przecież, jako wyodrębniony twór o charakterze gospodarczym, powstało dopiero w XIX wieku i trwało (trwa) krótko. Cóż znaczy te ledwie kilka pokoleń (w najlepszym razie) wobec wiekowej tradycji bliższych i dalszych sąsiadów? Dlaczego kąt rozległego carskiego imperium, wyrwany Małopolsce, wciśnięty między nobliwy stary Śląsk i przykrakowskie peryferie miałby się stać pępkiem świata? Zwłaszcza, że tu właśnie, przytłaczająca większość mieszkańców przybyła ledwie kilkanaście, czasem kilkadziesiąt lat temu. Zresztą dokładnie tak samo jak do miast za Brynicą.
Słabo się przybysze tu integrują, bo nie ma z czym. Czy przez te dziesięciolecia zaistniało jakiekolwiek zjawisko w sferze kultury, które miałoby trwały, wgryzający się w świadomość charakter? Czy w ogóle powstało cokolwiek wspólnego, integrującego Zagłębie? Jeżeli nawet były próby to nieśmiałe i mało udane. Także język słyszany na ulicach naszych miast - acz obfitujący w soczyste wylgaryzmy - niczym szczególnym nie wyróżnia się na ogólnopolskim tle. (Teraz już chyba na tle Europy, wszędzie pełno naszych od Dublina po Ateny i warcząca kurwakurwa dawno straciła związek z grzeszną a kuszącą niewiastą.)
Czy z tego wynika, że proponowana nazwa projektowanego tworu administracyjno - gospodarczego jest mi obojętna? Nie jest. Ale jeśli coś takiego powstanie, jakieś supermiasto od Gliwic po Łosień i tak nazwę wymyśli anonimowa ulica. Pół wieku temu na wszystkich mapach, tablicach, urzędowych drukach istniał jakiś Stalinogród. I co? Czy ktoś normalny tej nazwy używał, poza - ma się rozumieć - sytuacjami grożącymi aresztem? Ilu ludzi w Sosnowcu wskaże Plac Stulecia? Na Patelnię natomiast każdy trafi. Od Gliwic po Łosień.
Zatem do dzieła Zagłębiacy, pokażcie światu, że potraficie zrobić coś wspólnie, że koszula bliższa ciału, że ktoś z Gołonoga (dla przykładu) jest bliższy temu z Zagórza niż temu z Helenki czy innych Miechowic (choć, o ile mi wiadomo, dziadkowie i jednych i drugich przybyli tu w podobnym czasie, a lektura komentarzy upewniła mnie w mniemaniu, że poziom głupoty i koguciej agresji jest także porównywalny).
toko

poniedziałek, 14 stycznia 2008

Brać czy nie brać?
Proszę nie dać się zwieść tytułowi. Nie będzie o łapownictwie, choć byłoby sporo do napisania, tamat modny, ale... banalny. Będzie o ulotkach. Też wciskają do łapy. Sprawa błacha, ot takie sobie papierki, ale gdy zliczyć firmy, które w ten nader wątpliwy sposób usiłują zdobyć klientów, pomnożyć to przez nakłady i coraz to nowe wzory, wyjdą całkiem pokaźne tony papieru. Papier trzeba pokryć drukiem, rozdać, wyrzucić i uprzątnąć. I tak wkoło Wojtek. Trochę roboty mają przy tym zakłady poligraficzne, oczywiście fabryki papieru, ludzie od porządku w mieście, rozdawacze i projektanci, choć ci ostatni - jak się przyjrzeć ulotkom dokładnie - najmniej.
- Bierz - mówi mi syn - to moi koledzy i koleżanki, dorabiają w ten sposób do cienkiego kieszonkowego. Co ci zależy? Bierzesz, wyrzucasz do najbliższego kosza i wszyscy zadowoleni.
Otóż nie wszyscy. Po pierwsze, znaczna cześć ulotek nie trafia do kosza, tylko unoszona wiatrem błądzi po mieście. Po drugie, jak już ktoś weźmie, a kosza akurat natychmiast nie znajdzie, wepchnie do kieszeni i tak ponosi, ponosi aż wreszcie przepełni mu się kieszeń, teczka, torebka czy w co tam jeszcze wpycha się tę makulaturę i gotowy kłopot w domu. A można też - przy okazji - wyrzucić coś ważnego. Po trzecie, nie są zadowoleni ci wszyscy, którzy te ulotki sobie zafudowali, bo jak policzą i zastanowią się, wyjdzie, że to proceder drogi i nieskuteczny.
Zadałem sobie kiedyś odrobinę trudu i policzyłem. Traf chciał, że musiałem stać na przystanku i czekać. Z kilkadziesięciu osób - które wzięły - nie przeczytał NIKT. Dobrze, niech będzie, że niektórzy zabrali ze sobą i może w domu, w spokoju, przestudiują. Może. Może nawet co setnego to zainteresuje, chociaż - jak zwykł mawiać wiechowski Teoś Piecyk: obawiam się, że wątpię.
Tak się składa, że mając od lat do czynienia z papierem, zwłaszcza zadrukowanym, jako tako orientuję się w cenach i wychodzi mi niezbicie, że to wyrzucone pieniądze. To samo - pewnie estetyczniej podane, bo w niektórych gazetach o to zadbają - wydrukowane na stronie takiego czy innego czasopisma, "żyć" będzie długo. Szanse na to, że więcej osób zwróci uwagę, może nawet przeczyta taki reklamowy anons, rosną niepomiernie. I kosztuje mniej. Kto pomyśli dojdzie niechybnie do wniosku, że tak byłoby lepiej dla wszystkich. Podejrzewam jednak, że gdzieś na dnie ulotkowego procederu kryje się fiskus. Niech, kto zna się na tym, autora oświeci.
Tymczasem każdy z nas, kilka razy dziennie, jeśli bywa w centrum miast, opędzać się musi od namolnych rozdawaczy. Po kilku próbach rzucenia okiem na treść, wie się już wszystko, a i tak wciskają wciąż nowe, choć takie same. Po co? Pewnie, żeby zdobyć klienta, ale on - jeśli weźmie - natychmiast wyrzuci. Zatem trzeba wydrukować następne, więc wszystko od poczatku. I tak ab ovo usque ad mala.
Wracam więc do pytania zdanego w tytule. Po dokładnym przemyśleniu skłaniam się do konkluzji, żeby nie brać. Może w ten sposób szybciej skończy się udręka - fakt, że drobna - naszych śródmiejskiech ulic i placów. Oszczędzimy ileś ton papieru, więc drzew naszych wspaniałych, a za to ... możnaby... ech... - chyba mi się przypominają (zupełnie niestosownie) dawne czasy - wydrukować na przykład kolejny nakład Pana Tadeusza. Tylko ... po co to komu Pan Tadeusz? Co to w ogóle jest? Nowy kredyt przedświąteczny, bez biku, poręczenia, zaświadczeń i sensu.
Wesołych Świąt!