Brać czy nie brać?
Proszę nie dać się zwieść tytułowi. Nie będzie o łapownictwie, choć byłoby sporo do napisania, tamat modny, ale... banalny. Będzie o ulotkach. Też wciskają do łapy. Sprawa błacha, ot takie sobie papierki, ale gdy zliczyć firmy, które w ten nader wątpliwy sposób usiłują zdobyć klientów, pomnożyć to przez nakłady i coraz to nowe wzory, wyjdą całkiem pokaźne tony papieru. Papier trzeba pokryć drukiem, rozdać, wyrzucić i uprzątnąć. I tak wkoło Wojtek. Trochę roboty mają przy tym zakłady poligraficzne, oczywiście fabryki papieru, ludzie od porządku w mieście, rozdawacze i projektanci, choć ci ostatni - jak się przyjrzeć ulotkom dokładnie - najmniej.
- Bierz - mówi mi syn - to moi koledzy i koleżanki, dorabiają w ten sposób do cienkiego kieszonkowego. Co ci zależy? Bierzesz, wyrzucasz do najbliższego kosza i wszyscy zadowoleni.
Otóż nie wszyscy. Po pierwsze, znaczna cześć ulotek nie trafia do kosza, tylko unoszona wiatrem błądzi po mieście. Po drugie, jak już ktoś weźmie, a kosza akurat natychmiast nie znajdzie, wepchnie do kieszeni i tak ponosi, ponosi aż wreszcie przepełni mu się kieszeń, teczka, torebka czy w co tam jeszcze wpycha się tę makulaturę i gotowy kłopot w domu. A można też - przy okazji - wyrzucić coś ważnego. Po trzecie, nie są zadowoleni ci wszyscy, którzy te ulotki sobie zafudowali, bo jak policzą i zastanowią się, wyjdzie, że to proceder drogi i nieskuteczny.
Zadałem sobie kiedyś odrobinę trudu i policzyłem. Traf chciał, że musiałem stać na przystanku i czekać. Z kilkadziesięciu osób - które wzięły - nie przeczytał NIKT. Dobrze, niech będzie, że niektórzy zabrali ze sobą i może w domu, w spokoju, przestudiują. Może. Może nawet co setnego to zainteresuje, chociaż - jak zwykł mawiać wiechowski Teoś Piecyk: obawiam się, że wątpię.
Tak się składa, że mając od lat do czynienia z papierem, zwłaszcza zadrukowanym, jako tako orientuję się w cenach i wychodzi mi niezbicie, że to wyrzucone pieniądze. To samo - pewnie estetyczniej podane, bo w niektórych gazetach o to zadbają - wydrukowane na stronie takiego czy innego czasopisma, "żyć" będzie długo. Szanse na to, że więcej osób zwróci uwagę, może nawet przeczyta taki reklamowy anons, rosną niepomiernie. I kosztuje mniej. Kto pomyśli dojdzie niechybnie do wniosku, że tak byłoby lepiej dla wszystkich. Podejrzewam jednak, że gdzieś na dnie ulotkowego procederu kryje się fiskus. Niech, kto zna się na tym, autora oświeci.
Tymczasem każdy z nas, kilka razy dziennie, jeśli bywa w centrum miast, opędzać się musi od namolnych rozdawaczy. Po kilku próbach rzucenia okiem na treść, wie się już wszystko, a i tak wciskają wciąż nowe, choć takie same. Po co? Pewnie, żeby zdobyć klienta, ale on - jeśli weźmie - natychmiast wyrzuci. Zatem trzeba wydrukować następne, więc wszystko od poczatku. I tak ab ovo usque ad mala.
Wracam więc do pytania zdanego w tytule. Po dokładnym przemyśleniu skłaniam się do konkluzji, żeby nie brać. Może w ten sposób szybciej skończy się udręka - fakt, że drobna - naszych śródmiejskiech ulic i placów. Oszczędzimy ileś ton papieru, więc drzew naszych wspaniałych, a za to ... możnaby... ech... - chyba mi się przypominają (zupełnie niestosownie) dawne czasy - wydrukować na przykład kolejny nakład Pana Tadeusza. Tylko ... po co to komu Pan Tadeusz? Co to w ogóle jest? Nowy kredyt przedświąteczny, bez biku, poręczenia, zaświadczeń i sensu.
Wesołych Świąt!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz