Tokowisko w tym miejscu, w pierwszym numerze SosnArtu, powinno zabrzmieć poważnie i uroczyście. Tak będzie - o ile, ma się rozumieć - felieton jako taki może być poważny i uroczysty. Spróbujmy.
Temat wybrałem ważny: zmorę redaktorów wszelkiej maści zwłaszcza tych, którzy "robią" w prasie artystycznej, literackiej. Tą zmorą są nieustające osobiste i korespondencyjne wizyty autorów, którym wydaje się, że właśnie ukończyli arcydzieło. Ma być opublikowane natychmiast, w odpowiednio eksponowanym miejscu, wiadoma rzecz, że bez skrotów i jakichkolwiek redaktorskich ingerencji. Autorzy płci obojga i wieku rozmaitego potrafią być twardzi i nieustępliwi, potrafią też docierać do wpływowych osób rzekomo władnych udzielić potężnej protekcji. Są zdecydowani, absolutnie przekonani do swych racji, wzruszeni treścią i zachwyceni formą swych dzieł. Powtórzę za mistrzem Kornelem Filipowiczem: Jedną z właściwości dobrej literatury jest ta mianowicie, że autor, aby poruszyć czytelników - nie potrzebuje sam się wzruszać. Wystarczy zupełnie jeśli tylko dobrze wie, jak to się robi. Niestety, przeważnie nie wie. I gadaj z takim.
Dobrze, jeśli autorem jest na przykład licealistka czy też student, w każdym razie osoba młoda - pójdzie w miarę gładko i wcale często się zdarza, że trudna i niemiła rozmowa procentuje na przyszłość wzajemną sympatią. Koszmar zaczyna się wtedy, gdy autorem okazuje się być osoba skądinąd znana i (z zupełnie innych powodów) ceniona, do tego ustosunkowana, gdzieś tam ważna i poważna. Na jakież to wyżyny taktu, dyplomacji, kluczenia i słodkich łgarstw trzeba się zdobyć, żeby autora nie urazić a dziełko - mimo wszystko - umieścić w koszu!
Znów podeprę się cytatem, tym razem zza oceanu. Charles Bukowski ujał to tak: Jeśli człowiek musi karmić drugiego kłamstwami na temat jego talentu tylko dlatego, że siedzi naprzeciwko, staje się to najbardziej niewybaczalnym kłamstwem, ponieważ zachęca go do dalszej twórczości, a w ostatecznym rozrachunku, jest to najgorszy sposób zmarnowania sobie życia przez człowieka pozbawionego talentu. Jednak wielu ludzi tak właśnie postępuje, zwłaszcza rodzina i przyjaciele.
Rolą SosnArtu - obok wszystkich innych - jest mecenat roztaczany nad młodymi, utalentowanymi ludźmi. W sieć wpadają różni, przebrać to towarzystwo, właściwie ocenić jest niezwykle trudno. Wybaczcie więc, że czasem zdarzą się pomyłki. Aby zaś było ich mało, zanim zdecydujecie się przynieść, przysłać, podrzucić swe dziełka pochylcie się nad nimi raz jeszcze i z absolutną szczerością odpowiedzcie sobie na zasadnicze pytanie: czy nie ulegam manii?
Ponoć nie ma ludzi całkowicie pozbawionych talentów. Sztuka udanego życia polega na wczesnym i właściwym odkryciu, do czego mianowicie natura mnie sposobi. Jeśli to się uda, potem pójdzie już gładko, choć nie bez codziennej udręki i nieustannego znoju w zmaganiu się z materią tworzenia.
Takim oto, poważnym i uroczystym tekstem witam wszystkich potencjalnych współpracowników SosnArtu życząc im i sobie aby słowa felietonu wzięli do serca.
toko
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz